Zdjęcie Emilii i jej brata Michała Boba – około 1937 rok. 

Emilia Drabczyk. Moje wspomnienia z II wojny światowej

Opisałam to wszystko,
jak to pamiętam dziś, mając 75 lat,
dla rodziny i dla wszystkich, którzy chcą wiedzieć”

Polanka Wielka 2004 rok. 

Wstęp

Gdy miałam 10 lat, to jest w 1939 roku, we wrześniu zaczęła się wojna. Chociaż byłam wtedy kilkuletnim dzieckiem bardzo się bałam. Nie tylko ja. Wszyscy się bali. Było duże zamieszanie. Przez Polankę (Wielką) uciekali ludzie z różnych stron. Mówili, żeby też uciekać, że Niemcy mordują. Większość Polanczan nie uciekło z nimi, mówiąc że co ma być to będzie. Obserwowałam to wszystko z całą moją rodziną: rodzicami, rodzeństwem i dziadkami. Pewnego razu, na początku września, jak jeszcze nie doszli do nas Niemcy, widzieliśmy na niebie dziwny znak: trzy białe słupy: pośrodku najdłuższy, a po jego bokach dwa krótsze. Słyszałam jak rodzice z dziadkami mówili, że to znak. Znak tego, że Polska zostanie podzielona. Nie wiedziałam wtedy, że we wrześniu do Polski weszli też Rosjanie.

Wuj Józef i Mauthausen.

Na początku wojny przyjechał do nas brat mamy – wujek Józef Zemła, który był sędzią (niedawno okazało się, że pełnił tam wysoką funkcję: był wiceprezesem Sądu Okręgowego w Katowicach) i uciekł ze Śląska przed Niemcami. Nie miał żadnej innej bliższej rodziny od nas. Pamiętam, że był u nas kilka miesięcy, bo w 1940 roku na wiosnę Niemcy zaczęli zabierać „uczonych” do obozów. Za takiego „uczonego” uważano też mojego wujka. W naszej wiosce był jeden Polanczanin, który wskazywał Niemcom domy, w których byli tacy „uczeni”. Do nas też go przyprowadził. Mieliśmy do niego żal, że chociaż nas znał, nie ostrzegł nas. Wujek mógłby uniknąć zabrania do obozu, mógł ukryć się, bo Niemcy dokładnie nie szukali. Mógł uciec do Krakowa, do dalszej rodziny, gdzie wybierał się następnego dnia po zatrzymaniu (do Krakowa gdzie wraz z rodziną przeniósł się z Andrychowa jego wuj – brat prababci – adwokat Jan Malec).

Zabrali go do obozu do Mauthausen w Austrii. Przyszedł do nas stamtąd tylko jeden list, w którym było napisane, że o coś prosi. O co, nie wiedzieliśmy, bo dalej list był odcięty. Rodzice jednak gdzieś dowiedzieli się, że to mogła być prośba, żeby zebrać co najmniej 20 podpisów Niemców lub Volksdeutschów pod podaniem o jego o zwolnienie. Zebrano więc na Śląsku – w Katowicach i innych miastach te podpisy. Gdy rodzice posłali to pismo z podpisami do Mautchausen, zaraz po tym przyszedł telegram, że wujek zmarł na serce. Udało mu się tam przeżyć jeden rok, chociaż był bardzo schorowany. Zmarł mając 51 lat.

Zdjęcie Emilii z rodzeństwem 1938 rok.

Zdjęcie starego kościoła w Polance Wielkiej. 1938 rok. 

Wysiedlenie Polanki.

W 1941 roku nasza wioska została wysiedlona. Dzień przed wysiedleniem, rodzicom i nam dzieciom udało się uciec do sąsiedniej wsi – Włosienicy, do znajomego taty. W domu zostali tylko babcia z dziadkiem. Gdybyśmy zostali było bardzo możliwe, że rodzice zostaliby wywiezieni na roboty do Niemiec, a z nami – dziećmi, nie wiadomo co by się stało. Okazało się, że dziadek z babcią (Jan Zemła i Franciszka Zemła zd. Malec) zostali wywiezieni do Malca – wioski koło Kęt. 

Dziadek poprosił sołtysa tej wsi, który zajmował się przydzielaniem przesiedlonych do poszczególnych domów o większy pokój, mówiąc, że niedługo dołączy do niego córka z mężem i czwórką dzieci. Łącznie było nas więc 8 osób. Moja mama – Franciszka (z domu Zemła) i tata  Stanisław. Ja miałam wtedy 11 lat. Miałam młodszego brata Michała, starszego brata – Józefa, w którego kształceniu pomagał wujek sędzia Zemła i starszą siostrę – Władysławę.

W czasie gdy Niemcy wysiedlali Polankę byliśmy, jak wspomniałam we Włosienicy. Nie mogliśmy narażać znajomego taty i ukrywaliśmy się w krzakach niedaleko jego domu. W nocy słyszeliśmy głośne niemieckie słowa. Nie wiem, kto to był, ale bardzo się baliśmy.

Następnego dnia, gdy dowiedzieliśmy się, gdzie zostali wysiedleni dziadkowie, udaliśmy się do Malca, żeby do nich dołączyć. Gospodarz domu, w którym zamieszkaliśmy nazywał się Krawczyk. Dziadkom nie udało się tam zabrać zbyt wielu rzeczy. Na furmankę, którą byli przewożeni udało im się zebrać tylko łóżka, pierzyny, szafę i kredens. Tylko tyle z całego dobytku życia zmieściło się na furmance. Resztę rzeczy musieli zostawić, bo zostały spisane: krowy, konie, świnie, kury musiały zostać zostawione bauerowi, który zamieszkał w naszym domu.

Pamiętam takie zdarzenie. Tacie, jeszcze przed wysiedleniem, udało się zapobiegliwie wyprowadzić i ukryć jedną krowę, którą sprzedał. Okazało się jednak, że tego mężczyznę, któremu ją sprzedał, nie wiem kto to był aresztowali Niemcy. Wkrótce, gdy już byliśmy w Malcu, po tatę przyszła policja, bo to co zrobił, było karane. Ale babcia powiedziała, że tę winę weźmie na siebie, to może tata nie pójdzie siedzieć. Zabrali jednak i ją i tatę do więzienia do Bielska. Babcia była tam tylko kilka dni, bo zachorowała na tyfus. Taty jednak z nią nie wypuścili. Przewieźli go później do więzienia w Wadowicach. Mieliśmy tam na szczęście rodzinę – kuzyna mamy o nazwisku Wider, który był rzeźnikiem i miał znajomego lekarza, który pracował w wadowickim więzieniu. Ten lekarz zrobił mojemu tacie na ramieniu ranę, tak by się nie goiła. Niemcy go więc zwolnili, nakazując mu po roku zgłosić się do nich z powrotem. Lekarz przekazał kuzynowi taty, żeby tata tego nie robił, bo on mu już nie będzie w stanie pomóc. Mój tata musiał się więc w Malcu ukrywać. Miał taką kryjówkę w stodole, wydrążoną w słomie. Gdy wchodził do tej kryjówki my zatykaliśmy wejście słomą. Ukrywał się tam w dzień. Na noc przychodził do domu, a wcześnie rano szedł do kryjówki, nieważne czy lato czy zima. Naprawiał tam czasami ludziom buty za coś do jedzenia, czy co kto miał. Tak było do końca wojny.

W Malcu żyli bardzo dobrzy ludzie. Pamiętam, że zawsze gdy była obława, dawali wcześniej znać. Pewnego razu, w nocy w czasie jednej z obław przyleciał do nas jeden człowiek, który też się ukrywał. Ostrzegł nas, żeby tata też uciekał, bo Niemcy mają psy i na pewno go znajdą. Ale tata poszedł tylko do swojej kryjówki do stodoły. Niemcy go nie znaleźli, ale tata do końca wojny żył w strachu przed ponownym aresztowaniem. Gdy byliśmy w Malcu, pół roku od naszego wysiedlenia, zmarł dziadek. Pochowaliśmy go na cmentarzu w Osieku. A teraz opowiem, jak żyliśmy w Malcu. Moja siostra Władka pracowała u Niemca we dworze w Malcu. Starszy brat – Józef pracował w Karwinie w Czechach. Ja i młodszy brat byliśmy jeszcze za mali żeby iść do pracy. Ale to nie znaczy, że nie mieliśmy żadnych obowiązków. W lecie, raz w tygodniu, musiałam z koleżankami z mojego rocznika zbierać pokrzywy dla kurcząt, które nosiliśmy do sąsiedniej wsi – Osiek. Robiłam też na drutach swetry. Wełnę przynosili ludzie. Mama też pomagała mi robić te swetry. Dostawaliśmy za nie mleka, mąki, co kto przyniósł. Musieliśmy się chować z tą pracą, żeby nas policja nie złapała, bo nie wolno było robić. Z kolei gdy przychodziły żniwa, to jak ten Niemiec, u którego siostra pracowała, pozwoził zboże z pola, to mogliśmy iść zbierać kłoska, które zostały po skoszonym zbożu. Jakoś to musieliśmy wymłócić. Zanosiliśmy to wymłócone zboże do młyna do Nowej Wsi – ja i mój młodszy brat Michał – każdy po jednej miarce. Odpracowywaliśmy młynarzowi zapłatę za zmielenie zboża rwąc buraki. Jesienią znowu chodziliśmy na „ziemniaczysko”, na pole do tego Niemca z dworu w Malcu, żeby jeszcze poszukać ziemniaki po tym jak on je już wykopał. Siostra i starszy brat, pracując, coś tam zarobili i za te pieniądze mogliśmy wykupić żywność na kartki w sklepie, w którym sprzedawał Franciszek Tlałka z żoną Heleną. Byli to bardzo porządni ludzie. Wiedzieli, że tata się ukrywa, to nam sprzedawali dużo rzeczy bez kartek, dla tego, jak mówili „niewidzialnego”. Siostra tego Franciszka – Maria pomagała w sklepie. Zaczęłyśmy się kolegować. Utrzymujemy kontakt do dziś dnia, piszemy do siebie i odwiedzamy czasami. Wspominamy wtedy jak było wesoło, bo chociaż była wojna, my przecież młodzi. Umiałam grać na organkach i przygrywałam innym do tańca. Gdy się spotykamy dziś z Marysią wspominamy to wszystko. Czasami jednak był duży strach. Tak jak wtedy gdy była obława i Niemcy znaleźli jednego człowieka, który się ukrywał. Zaczął przed nimi uciekać, ale w końcu wpadł pod płot, w ciernie. Tam go chwycili Niemcy. Bili go i kopali, a on błagał, żeby mu dali wody. Nie wiem co się z nim dalej stało. Czy przeżył, czy go zabili? Nie wiadomo. W czasie wojny były różne przeżycia. To dobre i złe wspomnienia.

Zdjęcie rodziny Boba. Trzy pokolenia.

Wyzwolenie

Gdy się kończyła wojna weszli do Malca Ruscy. Niemców już nie było, bo uciekli wcześniej. Rosjanie mówili, żeby się schronić, bo może być strzelanina. Ale brat – Michał i syn gospodarzów, u których mieszkaliśmy – Franek, poszli zaraz między tych żołnierzy. Mieli ze sobą kwiatki, które wkładali w lufy czołgów. Zmęczeni żołnierze posiadali w domach. U nas też. Chcieli, żeby dać im coś zjeść i ogolić ich. Brat Józef zaczął golić jednego z nich, ale nie dokończył. Ogolił mu tylko pół brody, bo zaraz zarządzili wymarsz na front.
Przez Malec przeszli też drudzy Rosjanie. U nas też jedni się zatrzymali. W nocy słyszałam, że mówili o froncie. Słyszeliśmy strzały od strony Bielska. Okazało się, że front się tam zatrzymał. Baliśmy, że Niemcy wrócą. Gdy Rosjanie ugotowali sobie już jedzenie, przyleciał do nas jeden żołnierz. Powiedział, żeby sanitariusz szedł szybko za nim, bo są ranni. Ale jemu się nie śpieszyło. Jadł sobie spokojnie obiad. W końcu jednak poszedł. Jeden ranny żołnierz leżał też blisko naszego domu. Cały brzuch miał rozerwany. Sanitariusz poszedł jednak dalej do innych rannych, przy tym nawet się nie zatrzymał. Jemu pomocy udzieliła siostra mojej koleżanki – Irena. Owinęła jego brzuch jakąś tkaniną. Nie było go już można uratować. Pamiętam, że krzyczał przed śmiercią: „Gde moje deti, gde moja żena?” I zmarł. W tym czasie sanitariusz, zajęty był bandażowanie głowy innemu żołnierzowi. Tego, który zmarł owinęli taką wojskową plandeką i pochowali koło strażnicy w Malcu. Po wojnie został przewieziony do Rosji.

 

Powrót do DOMU

Gdy skończyła się wojna, my wysiedleni wróciliśmy do Polanki, do swoich domów. Nasz był pusty i niezamieszkały. Nic w nim nie było. Koło zniszczonej stodoły stała rozwalona armata, zostawiona przez Niemców. Okazało się, że bauer z naszego domu poszedł mieszkać do domu sąsiada – Antoniego Bernasia, mojego chrzestnego, który miał dom murowany i Niemcowi było mu tam wygodniej. W naszym domu mieszkał Gałgan z rodziną, ale przed naszym powrotem się wyprowadził. Pamiętam, że w Polance na polu Huczków (mówi się na to miejsce Górka Huczków) stały wymurowane bunkry, w których chowali się Niemcy, jak były naloty. Obok bunkrów były działa przeciwlotnicze. Mówiło się na to miejsce „flag”. Jak już mówiła nasz dom był całkiem pusty i niczego w nim nie było do jedzenia. Tata przywiózł, nie wiem skąd, trochę owsa i ziemniaków. Owies mieliliśmy na młynku ręcznym. Dodawaliśmy do tego owsa ziemniaków i z tego piekliśmy chleb. Pamiętam, że był kłopot z tymi ziemniakami, bo się szybko skończyły. Był, co prawda na polu Bernasia, duży kopiec ziemniaków pozostały po bauerze, z którego Bernaś, powiedział że wszyscy, których gospodarstwa miał bauer, mogą wziąć ziemniaki, bo jemu i jego rodzinie wystarczy to co ma w piwnicy. Kopiec był jednak bardzo daleko, a my nie mieliśmy czym ich przywieźć. Baliśmy się, że dla nas nie wystarczy. Na szczęście przyjechał wozem mój kuzyn – Stanisław Romanek i przywiózł nam trochę tych ziemniaków z kopca. Z kolei na naszym ogrodzie stała duża kopa z sianem i też w tym czasie dzieliliśmy się z innymi. Trudne to były początki naszego życia po wysiedleniu. Na przykład, jak chcieliśmy coś zrobić w polu, to nie było czym. Wzięliśmy więc kopaczki i całe pole przekopaliśmy ręcznie. Potem wzięliśmy brony i ciągaliśmy je samo-ciąż, żeby dało się coś zasiać. Gdy zasialiśmy zboże jeszcze raz powlekliśmy pole. Takie to były ciężkie pracy, ale pomału, dzięki Bogu, jakoś życie się toczyło. Pamiętam, że gdy byliśmy już w Polance, to stacjonowało tu wojsko rosyjskie. Szło za frontem. Prowadzili za sobą konie. U nas na ogrodzie rosły dęby, między którymi rozciągnęli linę i przywiązali do nich swoje konie. Żołnierze nocowali po domach, w dzień oporządzali konie, kosili dla nich trawę. Pewnego razu, gdy mój tata, siostra i ja szliśmy do pola kosić zboże. Rosjanie nas zauważyli i jeden z nich widząc na ramieniu taty kosę podleciał do niego i powiedział mu, żeby szedł na sąsiadowi pole ukosić kończyny dla koni. Tata się jednak nie zgodził. Wtedy Rosjanin chciał mu wziąć kosę, że sam sobie ukosi. Tata jednak nie chciał mu dać kosy, bał się że jej już nie odzyska i zaczęła się szarpanina między nimi. Rosjanin był bardzo wściekły, ale całe szczęście nie miał przy sobie pistoletu, bo na pewno by zastrzelił tatę. W końcu rozgniewany żołnierz pobiegł do pola do kolegi, krzycząc że nas zastrzeli. Na szczęście kolega był daleko i udało nam się uciec, ale najedliśmy się strachu. Rosjanie byli jeszcze jeden dzień, może dwa, a potem pojechali za frontem.